piątek, 27 lutego 2009
Muflonki

...czyli muffinki. Wczoraj rozdziewiczyłam moje foremki i popełniłam muffinki jagodowe z przepisu edysi79 . Cytuję:

Składniki
suche:
- 250 g mąki pszennej
- 150 g brązowego cukru (ja dałam zwykły bo mi brązowy skamieniał:/)
- 1 opakowanie cukru wanilinowego
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia
- skórka otarta z 1 pomarańczy
- duża szczypta soli

mokre:
- sok wyciśnięty z 2 pomarańczy (dałam sok z jednej i trochę z kartonika)
- 1 jajko
- 8 łyżek oleju słonecznikowego
- 100 ml maślanki (nie miałam więc dałam mleko)

-200 g jagód świeżych lub mrożonych

W dużej misce wymieszać wszystkie suche składniki, wlać do nich wymieszane wcześniej składniki mokre, wsypać jagody. Wszystko wymieszać łyżką tylko do połączenia składników.

Do formy wyłożonej papilotkami nałożyć porcje ciasta. Wstawić do nagrzanego do 180ºC piekarnika i piec 25-30 minut. Przez 5 minut muffinki studzić w formie, potem wyjąć i studzić na kratce.

A potem tylko jeść i marzyć o lecie...

Mówię wam, pyszne!

Deklaruję moją bezwarunkową miłość do muflonek - jak je nazwał mój TŻ i obiecuję więcej:)

poniedziałek, 23 lutego 2009
Nawrót uzależnienia

Ostatni rok przyniósł wiele zmian w moim życiu zawodowym. Zamieniłam pracę za biurkiem na pracę "w terenie" i to jeszcze pracę-pasję. Od roku prowadzę kursy decoupage i tworzenia biżuterii. Plusy są takie, że robię to co lubię i co sprawia mi ogromną satysfakcję. Ale są i minusy - to są długie nieobecności w domu i przesyt. Tworzenie nie dawało mi takiej radości jak kiedyś. Teraz w firmie mały przestój i dwa miesiące "wolnego". Mój umysł odpoczął, zresetowałam się. No i niejako naturalnie powróciłam do dekupażowania:) Stało się to tydzień temu. Cały kuchenny parapet (a mam kuchnię z dwóch połączonych pokoi i parapet szerokości 60 cm) zastawiony jest pracami w rożnym stadium wykończenia - od surowych, przez zagruntowane/pomalowane poprzez wpół gotowe i lakierowane. Pokażę kilka rzeczy, które są mniej więcej już skończone.

Czarno-granatowy talerz ze złotymi spękaniami crackle medium Stamperii:

Komódka pobejcowana i oklejona papierem do oklejania:

Listownik z delikatniutkim crackle jednoskładnikowym i serwetką ryżową:

Próba wykonania napisu metodą odbijanego tuszu z drukarki. Cieniowania jednokolorowe - potrzebuje jeszcze wiele warstw lakieru. Zrobiłam na samospełniającą się przepowiednię - dla siebie:)

Lustereczko z serwetką ryżową, cieniowania wielokolorowe i Laccatticante - lakier postarzający przyciemniający (wydziela dość specyficzny zapach do kilku tygodni od wyschnięcia):

Ikona - próba ze złotą folią i ww lakierem:

A na koniec stan obecny części parapetu z Jego Wysokością Kotem pośrodku:

Na razie tyle z frontu robót. Idę wykańczać. Siebie albo dekupaże. Ciao!

piątek, 13 lutego 2009
Stało się

A więc jestem o rok starsza. Wczoraj się stało. Nie udało mi się wczoraj więc dzisiaj zapraszam na urodzinowy torcik:

Z okazji urodzin zrobiłam sobie prezent. Podwójny, a nawet potrójny. Nabyłam drogą kupna na allegro płytę "Świat według Nohavicy" (polscy artyści śpiewają piosenki czeskiego barda) a potem jeszcze jego płytę z ub. roku "Ikar". Słucham non stop - to jest muzyka która uzależnia, wkręca, wciąga. Otula mięciutko i pozwala wyciszyć się, refleksyjna i łagodna a czasem i "duszoszczypatielna". Jeśli ktoś choć trochę zna czeski to na pewno będzie pod wrażeniem tekstów Pana Jarka. Moje pierwsze spotkanie z tą muzyką miało miejsce wieki temu, w akademiku, na pierwszym roku studiów kiedy to moją współlokatorką była Ninka z Zaolzia i przywiozła kasetę (!) Nohavicy. Słuchaliśmy tej kasety na staaareńkim magnetofonie marki Wilga i byliśmy zaczarowani światem Nohavicy. Dziś mam kilka płyt i sporo empetrójek i słucham na "wypasionym" Denonie ale zaczarowana jestem tak samo. Zaintrygowanych odsyłam na ofcicjalną stronę www.nohavica.cz - jest też po polsku;). Można poczytać, posłuchać i pooglądać. Zainteresowanych natomiast informuję, że Jaromir Nohavica zagrał w filmie Petera Zelenki "Rok diabła" samego siebie. Film to realizm magiczny po czesku.

niedziela, 08 lutego 2009
Kryzys?

Ze znakiem zapytania bo coś mi się tak wydaje że kryzys kryzysem a nastroje społeczne mają się całkiem nieźle. Bo jak wytłumaczyć fakt, że w naszym prowincjonalnym mieście nie ma możliwości dostać biletów do kina w niedzielne popołudnie? Stałam piętnaście minut w kolejce do kasy żeby usłyszeć: "Nie ma! Następny proszę!". Kino to proszę państwa nie żadne studyjne ale jako żywo Kinoplex. Się więc naród nie przejmuje i pasa nie zaciska - chyba że taki ukulturalniony że na szynkę poskąpi, bananów nie kupi ale za to na kurturalną rozrywkie mieć musi. No nie wiem. W każdym razie wróciłam do domu z niczym. No mprawie z niczym. W księgarni nabyłam drogą kupna książkę Roberta Makłowicza "Czy wierzyć platynowym blondynkom?".

Już nadgryzłam. Powiem tylko, że śmiałam się w głos. W ramach poprawiania humoru nastawiłam też chlebową maszynę i teraz pachnie mi w całym mieszkaniu chlebem ze słonecznikiem:)

Robótkowo zastój bo znów mnie tydzień nie było a potem dwa dni dochodziłam do siebie. Już czas powoli brać się za wiosenne robótki a u mnie jeszcze zima na tapecie...